Wróć do bloga

Umowy licencyjne – korzystniejsze dla software house’u, ale czy też dla zamawiającego?


     Jeśli myślimy o licencji na używanie programów takich jak pakiet Microsoft Office, aplikacja MS Teams itp., to zakładamy, że dany producent udziela nam licencji na używanie jego produktu. 

Co jednak z umowami biznesowymi? Czy lepiej zawrzeć umowę licencyjną zamiast umowy na przeniesienie praw autorskich i czy zawsze jest to bezpieczna opcja, zarówno dla twórcy, jak i dla zamawiającego? Czy słusznie zamawiający naciskają na przenoszenie praw autorskich przez wykonawców i czy to jedyna droga, aby uzyskać prawa do dalszego samodzielnego rozwoju produktu?

Jakie mamy zagrożenia związane z licencjami i czy mamy z nimi do czynienia również w klasycznym systemie przenoszenia praw autorskich, czy może są to odrębne ryzyka? No i czemu silniejsza strona kontraktu miałaby się zgodzić na licencje, skoro może dostać całość praw autorskich?

Czym licencja na oprogramowanie różni się od przeniesienia praw autorskich?

Licencja oprogramowania – umowa na korzystanie z danego utworu, tutaj oprogramowania lub aplikacji, zawierana pomiędzy podmiotem, któremu przysługują majątkowe prawa autorskie do utworu, a korzystającym.

Licencja jest więc prawem do korzystania z danego produktu, tu oprogramowania, natomiast własność praw autorskich pozostaje nadal przy twórcy.  

Rodzaje licencji

W teorii rozróżniamy kilka typów licencji. Podstawowe rozróżnienie: licencja wyłączna i niewyłączna:

  1. wyłączna – udzielenie takiej licencji jest możliwe tylko w stosunku do jednego podmiotu, tzn. po jego udzieleniu nie ma już możliwości udzielenia licencji dalej, nawet po zmianie części elementów utworu, w tym np. rozwoju oprogramowania. W praktyce, jeśli nie zostanie ograniczona np. co do czasu lub terytorium, niewiele różni się od umowy na przeniesienie praw autorskich;
  2. niewyłączna – udzielenie takiej licencji jest możliwe w stosunku do wielu podmiotów i jeśli umowa nie ogranicza go w inny sposób, twórca zachowuje pełne prawa do dalszej zmiany, rozwoju i sprzedaży danego oprogramowania;
  3. mieszana – czyli taka, w której część elementów jest przenoszona na zasadzie wyłączności, a część podlega dalszemu rozwojowi i zmianie (często też zamiast licencji wyłącznej przenoszone są prawa autorskie do tej części).

Czemu software house (a konkretniej ich prawnik), w zakresie oprogramowania dedykowanego, stworzonego na specjalne życzenie zamawiającego, nie chce przenieść na zamawiającego praw autorskich albo udzielić licencji wyłącznej?

Dlatego, że przenosząc prawa autorskie do całości stworzonego utworu, software house wyzbywa się możliwości rozwoju nie tylko elementów dedykowanych utworzonych specjalnie na rzecz danego podmiotu, ale też elementów powtarzalnych, które stanowią bazę do budowania dalszych dedykowanych rozwiązań.

Wyzbycie się praw czy też przekazanie licencji wyłącznej oznacza więc, że następne rozwiązanie musi być utworzone od tzw. zera. 

Czemu Zamawiający miałby się tym przejmować? 

Jest wiele kwestii – szczególnie, jeśli podmiot wykonuje oprogramowania dla wielu klientów, jest w stanie znacznie szybciej działać, zdobywać instrumenty, na których opiera swoje rozwiązania, być szybszy i tańszy dla potencjalnego zamawiającego. Skuteczny i dobrze prosperujący software house może odmówić współpracy z uwagi na wymagania zamawiającego do przekazania praw autorskich lub wskazać cenę nieakceptowalną dla zamawiającego.

Czym ryzykuje więc zamawiający, zgadzając się na licencję niewyłączną?

Przy niepoprawnie sporządzonej umowie nawet całkowitą utratą uprawnień do korzystania z danego oprogramowania.

Przy poprawnym zabezpieczeniu elementów dedykowanych i/lub know-how przekazywanego wykonawcy, odpowiednio wysokich karach za wypowiedzenie licencji i dobrze skonstruowanej umowie – właściwie niczym.

Co może stracić zamawiający, nalegając na przeniesienie praw autorskich?

Dużo pieniędzy za zawyżoną cenę oprogramowania, potencjalnie nawet współpracę z software house’em, ale przede wszystkim może zahamować rozwój partnera biznesowego, który każdy nowy produkt będzie musiał budować od zera. 

Dlaczego więc w zakresie umów B2B czy mikro spółek nadal króluje przejście praw autorskich? 

Takie podmioty zazwyczaj nie tworzą całego produktu, a tylko nadbudowują rozwiązania już gotowe, czy to na rzecz software house’u, czy już klienta końcowego i w tych umowach zastrzegamy przeniesienie praw do tego co zostanie stworzone w ramach danej umowy, a nie do całego produktu.

Software house w taki sposób zdobywa zdobywa bazę, na której może komercyjnie dalej rozwijać produkt, a dany podmiot nie traci wiele, gdyż wytworzona przez niego część produktu zazwyczaj nie stanowi samodzielnej bazy produktowej. Takie podmioty zazwyczaj nie planują też komercjalizacji stworzonych rozwiązań na szeroką skalę.

Jak zabezpieczyć zamawiającego?

Poprzez zastrzeżenie odpowiednich klauzul umownych:

  1. Zakaz zbycia praw autorskich do utworu w czasie trwania licencji pod groźbą wysokich (ale racjonalnych) kar umownych.
  2. Określenie odpowiednio długiego czasu obowiązywania licencji, po której umowa przejdzie na czas nieokreślony, a także zakaz wypowiadania licencji pod groźbą wysokich kar umownych.
  3. Zastrzeżenie wydania całości kodów źródłowych oraz wyraźne udzielenie praw do modyfikacji kodu.
  4. Poprawne zastrzeżenie własności przekazanych danych, w tym baz danych.
  5. Ewentualny podział tworzonych elementów na elementy dedykowane i standardowe.